Z Anną Majewską – matką czterech córek, edukatorką domową, właścicielką małej firmy, miłośniczką ciszy, gór i bezy – rozmawia Izabela Adamczyk

Jak ludzie reagują gdy widzą tak liczną rodzinę?

Bardzo różnie, ale najogólniej ujmując- gapią się. Na pewno zwracamy uwagę, ale wydaje mi się, że mniej przez ilość dzieci, a bardziej przez to, że są to dzieci jednej płci. Pamiętam sytuację, gdy Czwarta miała trzy lub cztery miesiące i jakaś pani zaczepiła mnie w sklepie słowami „oooo trzy dziewczynki to w wózku pewnie syn”, a ja na to, że nie, że też córka… a pani do mnie „ojej…ale na pewno?’… Ale lubię to, że ludzie zwracają na nas uwagę, jestem dumna z mojej rodziny, bo zdaję sobie sprawę, ze nawet to przysłowiowe „pierwsze wrażenie” robimy dobre- nie będę kryć, że dobrze mi z tym, że ma po prostu ładne i mądre dzieci oraz fajnego i przystojnego męża. Jakkolwiek to zabrzmi, ale moja rodzina sprawia mi taką nawet bardzo estetyczną przyjemność. Mile mnie też łechce, gdy ktoś zwraca uwagę na to jak rewelacyjnym ojcem jest mój mąż- już na pierwszy rzut oka widać jak niepowtarzalną więź ma z każdą z naszych córek i czuję niesamowitą dumę i wdzięczność, bo wiem, że swoją miłością do nich buduje w nich niesamowite poczucie własnej wartości i coś co będzie w tych dziewczynkach pozytywnie procentować w dorosłości.

Kiedy zrodził się pomysł na dużą rodzinę? Czy ty lub twój mąż pochodzicie z rodzin wielodzietnych?

Dla nas w pewien sposób było dość naturalne tworzyć dużą rodzinę, bo oboje z takich rodzin pochodzimy (ja jestem najstarsza z szóstki, Paweł najmłodszy z piątki). Więc dla nas taki model rodziny jest normalny, nie widzimy w tym nic niezwykłego. Choć nie chodzi też o to, że to jakiś wzorzec przenoszony z pokolenia na pokolenie, ale właśnie normalność mówiąca, że rodziny są (też) duże. Nie rozpatrujemy tego w żadnych kategoriach heroizmu, otwartości, pójścia pod prąd czy nawet nie w kategoriach wiar. Po prostu- to jest dla nas normalne i naturalne.

Jak poradzić sobie z niewyspaniem gdy ma się małe dzieci?

Och, przyznaję, że to jest problem na który do tej pory nie znalazłam skutecznego rozwiązania. Staram się znaleźć chwilę w ciągu dnia na wyciszenie się i złapanie oddechu. Pomaga mi myślenie, że cokolwiek się dzieje to minie. Po prostu pewnego dnia zorientuję się, że jakiegoś problemu już nie ma i wysypiam się/ mam czas i możliwość realnie zadbać o swoje potrzeby. Ale w chwilach największego zmęczenia czy przestymulowania moją taką „stacją dokującą” są ramiona męża, bo ile razy czuję się już na skraju to przerywam to co robię i biegnę tam szukać schronienia i odpoczynku. Albo się wypłakać. Przy trzecim dziecku odkryłam, że ten dotyk pomaga mi nie tylko psychicznie, ale też tak fizycznie, terapeutycznie poprzez to, że gdy Paweł w szczególny sposób mnie ściska to czuję jak napięcie z mojego ciała uchodzi.

Twoje sposoby na organizację w dużej rodzinie?

Pracuję z domu, prowadzimy edukację domową, do tego część z nas ma jakieś zajęcia dodatkowe poza domem- to wymaga organizacji i współpracy nas wszystkich. Nie ukrywam, że wielką pomoc niesie mi mój tata, który przyjeżdża do nas 1-2 razy w tygodniu i pomaga zwłaszcza przy najmłodszej po to, żebym mogła uczyć się ze starszymi lub miała więcej spokoju przy pracy. Poza tym każdego członka rodziny obowiązuje jakiś grafik- ktoś ładuje zmywarkę, ktoś ją opróżnia, ktoś inny wyciąga pranie z pralki, ktoś odkurza czy zamiata. Dzieci same dbają o porządek w swoich pokojach, nie wtrącam się za wiele tam dla własnego komfortu psychicznego, bo liczę na to, że metodą prób i błędów (a raczej metodą zawieruszonych i znikających w tajemniczych okolicznościach zabawek) prędzej nauczą się porządku i dbania o własne rzeczy niż gdybym ja miała to robić za nie lub stać nad nimi i pokazywać palcem co trzeba jeszcze zrobić. Choć przed kolacją przypominam o jako takim ogarnięciu miejsca gdzie śpią, bo wierzę, że lepiej wypoczywa się w uporządkowanej przestrzeni. Jak większość rodziców stawiam na jak najszybszą samodzielność dzieci choć czasem mam wrażenie, że ich nauka samodzielności mnie dobije… ale też duża rodzina ma to do siebie, że z reguły każde kolejne dziecko szybciej uczy się samodzielności, bo obserwuje starsze rodzeństwo i chce być jak ono.

W naszej codzienności staram się bazować na tym, że każdy człowiek chce się czuć potrzebny, pożyteczny i ważny, że to są naturalne potrzeby, które zdrowy człowiek chce mieć spełnione. Więc często po prostu włączamy dziewczynki w gotowanie, sprzątanie, majsterkowanie, przygotowanie do większych i mniejszych wyjść i dajemy im znać, że ich udział w tym jest dla nas ważny, pomocny i że bardzo doceniamy ich chęci.

Czy bycie rodzicami większej ilości dzieci to katastrofa finansowa?

Nie, w moim odczuciu- nie. Raczej powiedziałabym, że odpowiedzialne wielorodzicielstwo popycha do tego, by uważniej pochylić się nad budżetem domowym- ale nie chodzi mi o oglądanie każdej złotówki przed wydaniem, a bardziej o racjonalizowanie wydatków, szukanie oszczędności tam gdzie można i warto; szukaniu ewentualnych nowych sposobów na zarobienie pieniędzy. Temat pieniędzy w rodzinie jest dość delikatnym tematem, ale naprawdę nie znam rodziny wielodzietnej, która podchodzi w sposób racjonalny do wielodzietności i finansów i żyje w biedzie. Wręcz przeciwnie- myślę, że wielodzietność bardzo często wydobywa z rodziców niesamowite pokłady kreatywności w zarabianiu pieniędzy.

Czy 500+ pomogło wizerunkowi dużej rodziny czy raczej zaszkodziło?

Moim zdaniem zaszkodziło. Tak, dużym rodzinom zdarza się być postrzeganym przez pryzmat jakiegoś marginesu. Duża rodzina bywa postrzegana jako „maszynka do zarabiania pieniędzy z kieszeni podatników”. Przy czym kompletnie nie zwraca się uwagi na fakt, że najczęściej tata i mama w tej rodzinie też są podatnikami, też zarabiają pieniądze i odprowadzają różne składki. Czasami zastanawiam się czy ludzie na serio myślą, że ktokolwiek inteligentny mógłby fundować sobie nieprzespane noce, kolki niemowlęce, dolegliwości ciążowe, płacze dziecięce i cały ten rollercoaster emocji dla niepewnych 500 zł… Chyba tylko jakiś szaleniec lub człowiek krótkowzroczny mógłby chcieć dziecka dla niepewnego zasiłku.

Nam zdarzyło się kilka razy być przeliczanym na „pińcetplusy” czy być obiektem żartów (a nawet wyzwisk) o tym ile to już nie zarobiliśmy na dzieciach… jest to przykre i bolesne, ale więcej mówi o osobie wyrażającej takie opinie niż o naszej rodzinie.

Czy da się być aktywną zawodowo będąc matką wielodzietną?

Myślę, że to zależy od wielu czynników. Przede wszystkim od tego czy jest realna szansa utrzymać rodzinę z pracy zawodowej jednej osoby. Kolejną kwestią jest to czy mama chce pracować czy chce być z dziećmi w domu. Jeszcze inną czy różne kwestie organizacyjne da się jakoś zorganizować (odwozy dowozy starszych do szkoły, ewentualna opieka dla młodszych dzieci itp). Więc to są bardzo osobiste czynniki.

Mam to błogosławieństwo, że pracuję z domu, najczęściej popołudniami lub wieczorami wiec nie muszę rezygnować z bycia z dziećmi w domu i mogę prowadzić edukację domową.

Co jest najfajniejsze w byciu matką takiej gromadki? A co najtrudniejsze?

Najmilsze jest to, że są to cztery osobne byty, cztery osobne wszechświaty, a że każdy człowiek może być dla nas źródłem ubogacenia to obcowanie z każdą z moich córek jest świetną okazją do odkrywania czegoś nowego w samej sobie. Każda porusza trochę inne struny w mojej duszy. Śmiało mogę napisać, że moje dziewczyny sprawiają, że staję się lepszym człowiekiem- będąc z nimi, dla nich odkrywam obszary w sobie wymagające potężnej pracy, by stawać się lepszą. W ogóle cały ten dziewczyński świat po wychowywaniu z samymi braćmi ciągle robi na mnie takie „wooowwww”. Każda z nas ma też inny temperament i język miłości- co jest wprost fascynująca nauka dla mnie. W ogóle bardzo, bardzo polecam zainteresować się tymi kwestiami, bo poznanie poszczególnych temperamentów w rodzinie i języka miłości każdego z jego członków bardzo ułatwia wzajemne zrozumienie i komunikację oraz odpowiadanie na potrzeby swoje i innych.

Natomiast najtrudniejsze jest to, że jednak jesteśmy tymi osobnymi bytami i czasem udźwignąć emocjonalność nas wszystkich na raz jest trudno. Te wybrzmiewające emocje potrafią zaburzyć funkcjonowanie w codzienności. Trudna bywa też jakieś bardziej logistyczne funkcjonowanie. O ile na dłuższe wyjścia czy wyjazdy jesteśmy zazwyczaj dobrze przygotowani tak np. gdy idę sama z dziećmi na zakupy w zimie, to ubieranie, sprawdzanie rękawiczek, zmoczenie się po drodze, ta na rączki, tamta siusiu, droga trwająca wieki, a po przyjściu do domu okaże się, że zapomniałam Bardzo Ważnego Składnika Obiadu…. No coż- to jest dobijające.

Trudniej jest mieć pierwsze czy trzecie dziecko?

Hahaha!!! Trzecie dziecko uświadomiło mi, że wiem, że nic nie wiem. O ile pierwsze dwie córki miały jakieś książkowe punkty wspólne w obsłudze i opiece, tak Trzecia udowodniła nam, że rodzicielstwo za każdym razem to nowa przygoda i że mamy do czynienia z na serio różnymi osobami. Przy niej naprawdę nauczyłam się rodzicielskiej pokory. Myślę, że może się okazać, że dopiero któreś z kolei dziecko daje „szkołę życia”.

Jak otoczenie reaguje na kolejne ciąże i porody?

Najogólniej mówiąc- różnie. Bywa, że po podzieleniu się nowiną zalega wiele mówiąca cisza. Ale nie zdarzyło nam się usłyszeć osobiście nic przykrego. Może gratulacje są powściągliwe, ale przykrych uwag nie słyszałam nigdy.

Jak przechodzisz ciąże i porody?

Bardzo dobrze! Lubię być w ciąży choć nie zawsze jest to łatwe, a im więcej dzieci i obowiązków w domu tym jest to trudniejsze. Z wiekiem też ciąże zaczynają się od siebie różnić w moim przypadku. Ale lubię ten stan. Uwielbiam też rodzić, to jest mój żywioł i chwile z których czerpię bardzo dużo mocy i satysfakcji.

Jak odniesiesz się do obawy, którą często słychać w społeczeństwie „nie mogę mieć więcej dzieci, bo nie będą one miały czasu sam na sam z dzieckiem”?

Doby magicznie się nie rozciągnie- to fakt. Ale da się zorganizować czas tak, by mieć go co jakiś czas sam na sam z każdym dzieckiem. Z resztą dużo zależy też od indywidualnych potrzeb dziecka, bo nie każde ma potrzebę mieć rodzica tylko dla siebie bardzo często. A przy tym dla mnie najważniejsza jest jakość tego czasu, a nie ilość. Mogę mieć go niewiele, ale jeśli już mam to na maksa jestem dla dziecka, na jego warunkach. W sumie trudno mi się odnieść na ile realna jest to obawa, a na ile wymówka, bo żyjąc w edukacji domowej po prostu spędza się czas z dziećmi i siłą rzeczy częściej jest okazja do pobycia sam na sam.

Jak dbać o małżeństwo mając taką gromadkę?

Nie chciałabym pisać o tej bardziej „romantycznej” stronie małżeństwa: jakichś randkach, czasie sam na sam, rytuałach, bo to jest ważne w każdym małżeństwie. Natomiast chyba trzeba mieć wiele wyrozumiałości i czułości dla siebie nawzajem. Dla nas kluczem jest dostrzeganie potrzeb drugiej osoby zanim o tym powie, takie wychodzenie sobie naprzeciw, ujmowanie ciężaru jeśli samemu ma się na to zasoby. Myślę, że właśnie wielorodzicielstwo uczy, że jeśli nie będę najpierw dla współmałżonka to nie będę w dobry sposób dla reszty rodziny. Po prostu musimy być dla siebie najważniejsi jeśli chcemy, żeby reszta relacji w rodzinie była zdrowa.

Czy masz czas dla siebie?

Tak, bardzo o to dbam, bo jestem introwertykiem i szybko dochodzi u mnie do przestymulowania. Więc muszę mieć czas dla siebie, żeby dojść do siebie. Najczęściej to moje szycie- idę do swojej pracowni na kilka godzin, dzieci zostają z tatą lub dziadkiem. Zakładam słuchawki, pracuję, porządkuję i tak odpoczywam. Nie gardzę też ciepłą kąpielą z książką, bo czasem po prostu to mus dla mnie więc po prostu zamykam się w łazience. Ale najpiękniejsze co dla siebie robię w ostatnim czasie to to, że staram się co dwa tygodnie jeździć w góry z mężem lub koleżankami, ale najczęściej sama. I te wędrówki znaczą dla mnie najwięcej, to jest mój czas ma złapanie oddechu, dystansu, poukładanie wielu spraw w głowie, sercu i duszy. Mam już swoje ulubione pasma górskie, które planuję lepiej poznać w tym roku.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom, którzy chcieliby się zdecydować na jeszcze jedno dziecko, ale się wahają?

Nie czuję się ani trochę kompetentna czy też doświadczona na tyle, żeby dawać w tym temacie rady, wskazówki itp więc trudno mi coś mądrego napisać 😀 To jest tak delikatny i osobisty temat, że nie chcę brać na sumienie nawet cienia tego, że na podstawie moich słów ktoś podjąłby tak znaczącą decyzję. Może napiszę tylko tyle- patrzcie, obserwujcie, ale nie porównujcie się i nie dążcie ślepo do jakiegoś ideału, tylko rozeznajcie.

Czy gdybyś wiedziała z czym wiąże się wielodzietność to zdecydowałabyś się na nią?

Absolutnie tak! Ale gdzieś na początku wdrożyłabym kilka innych rozwiązań w codzienności 😀

——————————————————————————————————————–

Materiały uzupełniające:

Działalność zawodowa Ani: www.mojamantylka.pl

O temperamentach ciekawie pisze @ewa.niewczasowa

Języki miłości – książka https://lubimyczytac.pl/ksiazka/219014/5-jezykow-milosci

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *